Na początku chciałbym podziękować. Wam wszystkim, którzy odpowiedzieliście na mój pierwszy wpis. A zatem Hokejusowi, Picadorowi, Joteszowi24, Janowi W, Chupacabrasowi, Bartkowi Węglarczykowi, Krzesimirowi, Igle, Krzysztofowi z Prowncji, Popisowcowi, Buracusowi, Łowcy Debili, Samemu Ogonowi (mój Boże, jak to odmienić!?), Maksimusowi, Kazkowi39, Przedwieczornemu, Chsh i Torvikowi.

Wszystkie Wasz głosy przeczytałem sumiennie. Dziękuję za Waszą komentatorską życzliwość i przychylne nastawienie. Wybaczcie, że nie odpowiedziałem, ale taka codzienność i natłok towarzyszących jej spraw. Kolejnymi razy będę się starał mocniej.

Odpowiem jednak krótko na pewną kwestię, która wyłoniła się z Waszych komentarzy. Pojawiły się bowiem głosy, iż moja sytuacja – jako człowieka „centrum” w polaryzowanej przestrzeni publicznej debaty będzie trudna. I myślę, że rzeczywiście tak jest. Przy czym chciałbym Wam powiedzieć, iż osobiście nie uważam się za człowieka centrum. Mam określone i wyraziste poglądy. I myślę, że z kolejnymi artykułami, które dotkną konkretnych spraw sami to zobaczycie. Ale sam nie chcę się określać jako zwolennik takiej czy innej strony. Mam zresztą coraz większe wątpliwości czy taki podział w ogóle cokolwiek wnosi. Cóż bowiem oznacza owo „centrum” bądź „prawo” czy „lewo”? Moim osobistym celem nie jest znaleźć się w takiej czy innej drużynie. Nie szukam SWOICH racji, ani poczucia bycia wśród zwyciężonych. Swoimi pytaniami szukam PRAWDY. Takiej przez małe „p”, czyli zwyczajnej zgodności myśli z rzeczą. Ale też takiej, która ma wymiar antropologiczny i etyczny. I nie zgadzam się z opinią, iż prawda zawsze leży gdzieś po środku. Czasami bywa, że i owszem. Ale w moim osobistym przekonaniu PRAWDA LEŻY TAM, GDZIE LEŻY. Czasami bardziej z jednej strony, czasami z drugiej. A czasami po środku. Nie jest przedmiotem wyboru, ale dostrzeżenia i zdania sobie sprawy. I właśnie na tym polega jej wielkość. ONA NIE PODLEGA ŻADNYM KONIUNKTUROM: lewicowym, prawicowym, emancypacyjnym, rewolucyjnym, feministycznym, konserwatywnym, papieskim, kościelnym, antyklerykalnym czy wszelkim innym. Jest najgenialniejszą z rzeczy, gdyż stanowi podstawę wszelkiej wolności. Stanowi fundament życia wyzwolonego z wszelkiej manipulacji i świadomości mającej cechy platońskiej jaskini. Albowiem nawet najbardziej szczytne głosy i idee nie uwalniają od pokusy zagarniania i grania dla siebie. Jako ludzie ulegamy bowiem usilnie dążeniom do tego, aby mieć rację. To nam daje poczucie satysfakcji, które tak bardzo lubimy. Ale przecież nie w tym rzecz.

Wielu ludzi uważa, iż pojęcie PRAWDY zagraża wolności. A ja mam osobiste przekonanie, iż ona właśnie warunkuje wolność. Kiedy bowiem wybieram i działam, kieruję się określonymi przesłankami. Ale przesłanki, które skłaniają moją wolę do takiego czy innego wyboru, są uwikłane: emocjonalnie i intelektualnie. Patrzymy na świat w określony sposób, który wynika z naszego wychowania i społecznego współistnienia. I to patrzenie jest PARTYKULARNE. Ten zatem, kto wychodzi na główny plac miasta i krzyczy, że robi tak a tak, gdyż w ten sposób staje się wolny, w moim mniemaniu w ten sposób nie wolność swoją udowadnia, ale prawo do głoszenia swoich racji, co nie jest tym samym. A racja może być błędna... Oczywiście, w sensie politycznym prawo głoszenia poglądów (także błędnych) nazywamy wolnością, gdyż MOŻLIWOŚĆ WYBIERANIA jest samym fundamentem wolności. Jest warunkiem sine qua non – a zatem jest dla niej czymś koniecznym, ale bynajmniej nie wystarczającym.

Spieramy się, gdyż widzimy po swojemu. I widzimy jedynie wycinek. I nie ważne jak byśmy się nie nazywali: Jadwiga Staniszkis, Janina Paradowska, Zyta Gilowska, Piotr Zaremba, Jacek Żakowski, Jarosław Gowin, Donald Tusk czy Jarosław Kaczyński – nasze patrzenie jest uwikłane. I trzeba mieć w sobie wiele intelektualnej pokory, aby to dostrzec. Pokora jednak – wbrew tym, którzy nie lubią tego słowa, gdyż kojarzy im się z podległością – nie polega na tym, aby się upokarzać, ale aby się otwierać. Aby stać się człowiekiem bardziej otwartym na PRAWDĘ – także w przypadku, gdy jej odkrycie oznacza przewartościowanie dotychczasowego myślenia i sposobu życia. To bolesne, ale tylko otwartość na ten fakt czyni moje życie życiem człowieka wolnego.

W tej kwestii bliskie jest mi zdanie, które w swojej słynnej mowie wygłosił kardynał John Henry Newman. Rzecz działa się w drugiej połowie XIX wieku, kiedy Kościół katolicki ustanowił dogmat o nieomylności papieża. Wtedy to premier Wiliam Ewart Gladstone zarzucił katolikom, iż nie mogą być lojalnymi poddanymi królowej, gdyż obowiązuje ich podległość papieżowi. Wtedy to Newman powiedział swoje słynne słowa: „Jeżeli chrześcijaństwo polegałoby na wznoszeniu toastów, wtedy bardzo chętnie wygłosiłbym na samym początku toast za papieża, ale wpierw za sumienie, a potem dopiero za papieża.”

A więc wychylmy toast za wolność i sumienie!