Jestem tu nowy. A zatem chcąc rozeznać się nieco w sytuacji postanowiłem poczytać nie tylko bieżące, ale i starsze blogi. I rzecz jasna wiele spraw zwróciło moją uwagę. Jednak w sposób szczególny spostrzegłem, iż w blogu pana Bartosza Węglarczyka ostatni wpis widnieje pod datą 23 lipca. Wtedy to pan Bartosz Węglarczyk podjął decyzję, iż dalsze wpisywanie nie ma sensu. Dlaczego? Gdyż - jak orzekł - 95 procent komentarzy nie ma nic wspólnego z treścią wpisu. I sprawdziłem to. Zgadza się. I jako próbę podtrzymania i uzasadnienia swoich tez pan redaktor Węglarczyk odniósł się do swojego bloga z portalu Gazety twierdząc, że tamtejszych czytelników (w przeciwieństwie do tych z Salonu24) interesuje dyskusja, a nie zaczepka. Tamci bowiem w jego opinii są w prawdziwym rozmawianiu właściwie wykształceni i otwarci. Ci zaś - czyli od dziś także i ja - bynajmniej. Sprawdziłem także. I naprawdę trudno mi się z tym zgodzić przeglądając choćby ostatni miesiąc owych wpisów.
Dlaczego jednak do tego wracam? Gdyż podejmując samemu dyskusję chciałbym, aby ci, którzy oczekiwali ode mnie krytycyzmu, posiadali jego zmysł także w stosunku do samych siebie. Przykład z panem redaktorem Węglarczykiem ma bowiem dalsze zastosowanie. Trudno mi się bowiem nie zgodzić z wieloma opiniami odnoszącymi się do polityków PiS-u bądź części sympatyzujących z nim publicystów (także ze strony redaktora Węglarczyka), iż wiele ich opinii ma w sobie coś z resentymentu, czyli pewnego zjawiska o charakterze emocjonalnym, które jako pierwszy tak znakomicie opisał w swojej książce Max Scheler. Ale trudno nie zaważyć, iż czytając artykuły Pawła Wrońskiego, Piotra Pacewicza, Mikołaja Lizuta czy wreszcie Roberta Biedronia jedną z głównych sił kierujących tokiem argumentacyjnym jest resentyment i potężna fala niechęci. Tylko dlaczego wtedy ze strony tych osób nie pada słowo wskazujące na nieracjonalność i ideologiczność wielu wątków podejmowanych przez nich działań?
Znakomicie pokazuje to także sprawa kandydata PiS-u na marszałka Senatu, Zbigniewa Romaszewskiego. Bo nawet, jeśli wszystkie postawione wobec niego zarzuty są prawdziwe i przesądzają o odrzuceniu jego kandydatury, to z czego wynika ta podwójność standardów w sytuacji, kiedy mówimy o Stefanie Niesiołowskim? Dlaczego pisząc o rozporządzeniu byłego już premiera Kaczyńskiego w kwestii akt ABW największy głos podnosi gazeta, której redaktor naczelny na początku lat 90-ych przez kilka dni (nie będąc urzędnikiem państwowym) wraz z kilkoma historykami badał zawartość dokumentów bezpieki? Nigdy nie słyszałem, aby w tej sprawie pan Piotr Pacewicz kiedykolwiek napisał jakiś tekst krytyczny.
I rzecz jasna działa to i w drugą stronę. Kiedy bowiem patrzę, jak wielu dziennikarzy sympatyzujących z tzw.prawą stroną sceny politycznej milknie, gdy pan Andrzej Urbański i jego współpracownicy zaprowadzają w TVP zasady stanowiące niemal wprost modus operandi z czasów Roberta Kwiatkowskiego, napawam się złością i niechęcią.
I zapewne rację mają niektórzy publicyści Gazety, iż wielu osobom - jak by nie zaczynali - wątek zawsze kończy się na Adamie Michniku. Ale chciałbym skromnie zauważyć, że i oni mają swój ulubiony refren. Kiedyś - w czasach niechlubnej koalicji PiS-u z Samoobroną i LPR-em, był nim Roman Giertych, a w czasie przed i powyborczej gorączki jest nią karłowatość Jarosława Kaczyńskiego i jego środowiska politycznego.
I mam świadomość, iż nikt nie jest wolny od swoich własnych poglądów. I ja nie jestem. Ale chciałbym, aby ci, którzy oburzają się tak obficie na poglądy innych, sami zdobyli się na gest przekraczający to, co zarzucają innym - uwiąd intelektu i emocji.

